Parafialna grupa synodalna, cz. 3

Materiał zespołu synodalnego parafii Wniebowzięcia NMP w Kolumnie – III cz.

Odpowiedzi na pytania synodalne – IDENTYFIKACJA

1. TOWARZYSZE PODRÓŻY

● Przez Kościół rozumiemy duchowieństwo, zakony i wiernych świeckich. Gdy mówimy o świeckich członkach Kościoła, to trzeba wskazać trzy kręgi o różnym stopniu identyfikacji:

A. Wierni praktykujący, uczestniczący co najmniej w niedzielnych mszach; tu jest najmniej wątpliwości co do poczucia bycia członkiem Kościoła; nie mniej i w tym kręgu słyszy się często stwierdzenia typu „oni – Kościół”, zamiast „my – Kościół”, zawłaszcza gdy rzecz dotyczy wskazania odpowiedzialnych za negatywne zjawiska; wskazuje to, że nawet w tej grupie, jest tendencja do postrzeganie duchowieństwa i hierarchii jako jakiegoś „ścisłego Kościoła”, który jako jedyny ma pełne podstawy mówić o sobie „my – Kościół”. W tej grupie są też prawdopodobnie osoby, dla których cenniejsza jest samotna wędrówka. Ich mniejsza obecność w wydarzeniach wspólnotowych nie musi oznaczać słabszej identyfikacji.

B. Wierni niepraktykujący, ale podtrzymujący jakiś szczątkowy związek w postaci np. chrztów, ślubów, pogrzebów; często oni sami siebie określają jako „wierzących
– niepraktykujących”, którzy nie identyfikują się z Kościołem, często zgłaszając pod jego adresem szereg zastrzeżeń (skandale, „zamknięcie”, „nienowoczesność”) i tym tłumacząc brak udziału w różnych formach kultu i duszpasterstwa; w tej grupie lokuje się też wielu młodych, które pozostają z przekonaniem, że i tak są odrzucone przez Kościół z uwagi na świadome pozostawanie w warunkach konfliktu z jego moralnym nauczaniem (związki niesakramentalne, homoseksualne, antykoncepcja, aborcja). Co odpycha takie osoby, to często strach przed odrzuceniem, pochopne „to nie dla mnie”, ale też brak dostosowanej oferty wspólnotowej.

C. Reszta świeckich, którzy – mając często rodzinne lub własne tradycje bycia w Kościele – mniej lub bardziej świadomie odrzucili wiarę w Boga, o którym naucza Kościół Katolicki.

● W pierwszym kręgu mamy w naszej parafii Stowarzyszenie Rodzin Nazaretańskich, Duszpasterstwo Młodzieży Nazaretańskiej, Żywa Róża, Kościół Domowy, Wieczernik Modlitwy za Kapłanów, Odnowa w Duchu Świętym (?), ??? (co jeszcze?). Grupy te są raczej zamknięte w swoich kręgach, niewychodzące na zewnątrz, mało znane szerszej społeczności parafialnej.

Na ten pierwszy krąg może też spojrzeć z jeszcze nieco innej perspektywy i zauważyć w nim trzy podgrupy:

A1. Pierwsza, zdecydowanie największa, stanowiąca prawdopodobnie 80-90% parafian, to osoby uczestniczące w praktykach, ale nie mająca zapotrzebowania na udział w pozostałej ofercie modlitewnej czy duszpasterskiej. Po części to wynika z braku potrzeb w tym zakresie, a po części z niedostosowanie tej oferty do istniejących potrzeb.

A2. Druga podgrupa, to osoby szczerze zatroskane kierunkiem, w jakim zmierza świat odwracający się do Boga – odejścia wiernych, zwłaszcza młodych, spadek powołań, itd. Wierni ci uważają, że odpowiedzią na te zagrożenia jest ochrona Kościoła w dotychczasowej formie – którą znają, w której czują się bezpieczne, której ufają, i w której znajdują miejsce gdzie można na te zagrożenia odpowiadać coraz intensywniejszą i powszechniejszą modlitwą.

A3. Trzecia podgrupa, najmniej liczna, to osoby, które widząc ww. zagrożenia, nie kwestionują potrzeby środków nadprzyrodzonych, w tym ufnej modlitwy. Uważają jednocześnie, że Kościół powinien dostosowywać formy ewangelizacji do potrzeb czasów i zmieniać się od środka, tak by – bez naruszania doktryny i tradycji, bez niezdrowej demokratyzacji – potrafił skuteczniej konkurować w walce o rząd dusz, zwłaszcza młodych.

W prace zespołu synodalnego zaangażowały się osoby głównie z dwóch ostatnich z ww. podgrup, a kolejne spotkania i dyskusja na internetowym forum z dużą wyrazistością ujawniły istotę i siłę różnic w spojrzeniach każdej z nich, o czym piszemy na końcu.

Tak zwyczajnie po ludzku rzecz biorąc, to co nam ułatwia identyfikację, to wszelkie wspólne przebywanie w sytuacjach pozbawionych różnicy zdań i kontrowersji – wspólne modlitwy i celebracje, parafialne wyjazdy i pikniki, a także wspólne śpiewanie. W naszej parafii wielką role integracyjną odgrywa wspólne śpiewanie, w tym szczególnie okresowe koncertowe uwielbienia, kierowane przez siostrę organistkę, a wykonywane przez wszystkie parafialne zespoły śpiewacze i lokalnych muzyków. Pomaga też odnajdywanie we wspólnotach ludzi w podobnym wieku (np. grupy młodzieżowe, ministranci) i podobnych zainteresowaniach (styl duchowości, muzyka). Ważne znaczenie ma też świadectwo osobistej pobożności i czystego życia księży. Nie ma u nas śladu negatywnych sytuacji, które w niektórych innych parafiach utrudniają wiernym identyfikację z Kościołem.

To co utrudnia integrację, to anonimowość, wspierana przez wieloletni brak warunków lokalowych, do pewnego stopnia także styl kierowania parafią kolejnych ekip księży. Najbardziej jednak chyba, to indywidualne bariery komunikacyjne parafian – mamy trudność w nawiązywaniu nowych znajomości, wychodzeniem z inicjatywami wspólnych spotkań na terenie parafii. Sporo wśród nas, wskazywanej przez papieża Franciszka, sztywności oraz ograniczonej tolerancji na różne temperamenty i wrażliwości. Pewną barierą może też być ogólnie słaba edukacja w zakresie nauczania Kościoła i prawd wiary, która sprzyja stereotypom i negatywnym nastawieniom niektórych wobec ludzi Kościoła.

Temat identyfikacji jest o tyle trudny, że niełatwo o obiektywne kryteria bycia członkiem Kościoła. Jedni z nas uważają, że jeśli ktoś jawnie, świadomie łamie np. zasady moralnego nauczania Kościoła, albo rezygnuje z praktyk, to tym samym stawia się poza Kościołem i nie ma podstaw by mówić, że jest jego częścią. Inni dają prawo każdemu czuć się członkiem Kościoła, nawet jeśli odrzuca ważne elementy jego nauczania, autorytetu czy praktyk. To zresztą jeden z przejawów zamętu, który obecnie w Kościele przeżywamy. Nie pomagają nam różnice wyrażane w listach, kazaniach i wypowiedziach publicznych biskupów. Słyszy się czasem nawet, że ktoś mówi, iż jest „z Kościoła abp. Rysia”, a ktoś inny z „Kościoła abp. Jędraszewskiego”. Pewnie dużo w tym bywa złej woli lub selektywnego wyboru treści przez osoby tak mówiące. Kiedy jednak wczytać się w autorytety Kościoła z różnych krajów, z papieżem na czele – w jak różnych zjawiskach upatrują zagrożeń i na jakie priorytety kierują naszą uwagę, to faktycznie czasem trudno uniknąć poczucia zamętu w głowach nawet najbardziej wiernych i myślących synów i córek Kościoła.

 

Niektórzy podkreślali w tym kontekście potrzebę „stanięcia w prawdzie” – odpowiedzenia sobie samemu na pytanie, w świetle Katechizmu Kościoła Katolickiego, w co wierzę i z czym się identyfikuję. Podkreślono jednocześnie potrzebę obiektywizacji tego „stanięcia w prawdzie”, tak by nie był to efekt subiektywnej oceny i wyłącznie wewnętrznych „poczuć”, ale prawda, którą weryfikują czyny, fakty, do pewnego stopnia także – opinie otoczenia.

5. WSPÓŁODPOWIEDZIALNI W NASZEJ WSPÓLNEJ MISJI

My, świeccy członkowie Ludu Bożego, wciąż oczekujemy inicjatywy ze strony księży i hierarchów Kościoła. Wynika to pewnie tradycji, z szacunku dla autorytetu papieża, biskupów i kapłanów oraz oczekiwania, że będziemy przez nich prowadzeni. Mała jest w nas świadomość tego, że coś od nas zależy, że my również ponosimy odpowiedzialność za Kościół, że mamy wpływ na to jaki jest i jak jest postrzegany na zewnątrz. Zbyt słabo odpowiadamy też na różne propozycje ze strony biskupów i księży.

Jednocześnie mamy przykłady, że inicjatywy świeckich wykraczające poza wyobrażenia, styl działania lub strefę komfortu księży i biskupów, spotykają się z rezerwą, biernością lub brakiem zainteresowania. Czasem się odnosi wrażenia, że mimo wezwań hierarchii do inicjatywy świeckich, dobry wierny to de facto taki, który uczestniczy w różnych formach kultu oraz pomaga w sprzątaniu i finansowym utrzymaniu Kościoła, a jednocześnie nie próbuje wpływać na sam Kościół od środka. Trzeba zauważyć, że ten pogląd jest także popierany przez wielu świeckich.

Wciąż uważamy, że największą odpowiedzialność za ewangelizację i promowanie wartości chrześcijańskich ponoszą księża. Zbyt słabo przebija się do naszej świadomości fakt, że każdy człowiek ochrzczony i bierzmowany, który ma dzięki tym sakramentom Ducha Świętego i jest powołany do ewangelizacji. Zapominamy, że Kościół istnieje po to, aby ewangelizować. Jeżeli zaś jesteśmy częścią Kościoła, to powinniśmy dzielić się Dobrą Nowiną z innymi.

Zauważamy jednocześnie, że to nie tylko kwestia naszej świadomości. Człowiek robi chętnie to co umie, a ucieka od czegoś, co mu sprawia trudność. My po prostu często chcemy, a nie umiemy ewangelizować! Różne grupy ewangelizacyjne (typu neokatechumenat, ruch Światło i Życie) wypracowały swoje metody, ale świeccy „niezrzeszeni” słysząc, że powinni głosić Dobrą Nowiną w rodzinie, w miejscu pracy, wśród sąsiadów, pozostają zakłopotani i bezradni. Jak rozmawiać o Bogu ze zbuntowany synem, jak z sąsiadem wrogo nastawionym przez media, jak w pracy, gdzie zmusza się nas do akceptowania ideologicznych dziwactw, a jednocześnie cytowanie Ewangelii może grozić utratą pracy? Jak w praktyce zachowywać się wobec dzieci wchodzących w związki niesakramentalne – nie zabierać głosu, by się nie narazić i ” nie namieszać”? Jak nadal okazywać miłość, okazując jednocześnie brak akceptacji dla takich wyborów? Szczególnie wymagające jest nauczenie (jeszcze) wierzących rodziców, jak tworzyć rodziny, które skutecznie przekażą „pałeczkę” wiary dzieciom. Potrzebujemy zatem wiedzy i narzędzi, bo nie wiemy jak to robić i jakich środków użyć.

Potrzebujemy praktycznej formacji apostolskiej abyśmy mogli iść i głosić Chrystusa. Nie dostajemy tej w formacji w parafii. Homilie – słuszne i często święte, zwykle apelują do

naszych postaw, rzadko kiedy ucząc wdrażania tych postaw w codziennej praktyce. Trudno też o taką formację w nauczaniu papieskim czy biskupim, z natury dość ogólnych. W tej sytuacji, często pojawia się po naszej stronie decyzja, że w takim razie będziemy się jeszcze więcej modlić, bo to umiemy robić – w duchu „Panie Ty się tym zajmij” – Panu Bogu i naszym biskupom pozostawiając aktywność ewangelizacyjną. Tu wraca pytanie, czy sami księża są wystarczająco przygotowani do prowadzenia takiej formacji wśród świeckich, we współczesnym świecie?

O ile jeszcze 30-40 lat temu często przestrzegało się w Kościele przed nadmiernym aktywizmem (kosztem życia modlitwą i słuchania Ducha Św.), o tyle obecnie ten brak aktywności wydaje się palącym problemem.

10. FORMOWANIE SIĘ W SYNODALNOŚCI

Droga synodalna w naszej parafii rodzi się w bólach. Na półmetku naszych synodalnych spotkań możemy tylko potwierdzić, że wypływamy na zupełnie nowe wody, dla jednych fascynujące, dla innych zagrażające, i że potwierdziły się całej rozciągłości diagnozy zawarte w materiale po pierwszym spotkaniu:

I. Nie mamy tradycji takiej drogi – wiele osób wydaje się, że jest ona zapowiedzą ryzykownej demokratyzacji Kościoła, która do niczego dobrego na świecie nie doprowadziła; zapewnienia jednych, że chodzi jedynie o nowoczesność formy, spotykają się przekonaniem innych, że zmiana formy będzie wyrwą, przez którą na koniec wejdzie zmiana tradycji i nienaruszalnych do tej pory prawd wiary

II. Nie mamy umiejętności – obie ww. perspektywy zasługują na zrozumienie i szacunek; co utrudnia „docieranie się” w tej wymianie poglądów, to nieco płynny skład zespołu, różnice w stylu prowadzenia dyskusji, różne pomysły na same spotkania; zespół zaczął pracę z opóźnieniem, w pośpiechu i nie poświęcił czasu na integrację i lepsze poznanie się; ograniczone zaufanie osobiste przekłada się na trudności w dyskusji i zaufanie do kształtu materiałów końcowych, których cyzelowanie zajęło nieproporcjonalnie dużo czasu.

Brakuje w pracach naszego zespołu kilku „wielkich nieobecnych”, zarówno po stronie osób duchownych, jaki świeckich oraz konsultacji z szerszymi grupami parafian. Materiały synodalne pozostają na razie nieopublikowane. Tym samym zespół synodalny sam na razie pozostaje zamknięta grupką kilkunastu osób, które reprezentują głównie siebie. Od początku też zarysowały się dwie różne tendencje związane z celem zespołu. Część z nas chce wykorzystać synod by powiedzieć od razu wszystkie „zaległe” rzeczy i wyrazić nawet odosobnione czy kontrowersyjne opinie. Druga część stara się dopilnować by synod nie stał pretekstem do nadmiernego narzekania i aktem niewdzięczności wobec obiektywnie bardzo pobożnej, oddanej i ofiarnej ekipy księży naszej parafii czy naszego arcybiskupa, z którego zasadniczo wszyscy jesteśmy dumni. To z jednej strony zrozumiałe i z pewnością wyraża równie podzielone poglądy parafian. Z drugiej czyni naszą pracę szczególnie mozolną i rodzącą zupełnie nowe dla nas napięcia i podziały. Jak się wydaje, nie do końca też oddaje intencję papieża, który wzywał nas do wyjścia na „peryferie” – opinii nie tylko ludzi Kościoła, ale i osób patrzących na nasz Kościół z różnych „odległości”.

Zespół synodalny parafii Wniebowzięcia NMP w Kolumnie.